czwartek, 27 października 2016

Dr Strange - Recenzja najnowszego dzieła ze stajni Marvel Cinematic Universe. Bez spoilerów.


Pasy zapięte? Gotowi na niesamowite efekty, pomysłową i intensywną akcję, ciekawych bohaterów odstających od kiczu superhero oraz częsty humor, który działa niemal za każdym razem? A wszystko to w filmie, który co chwile ociera się o sztampę lub prostotę, zręcznie skręcając w bok za każdym razem, kiedy pojawia się na drodze napis "to już było" w stronę drogowskazu"a spójrzcie na to!".  No to zaczynamy!


1. Dr Sherlock Strange


"It's good to be a king" - Mel Brooks raczył nas tym żartem w jednym ze swoich odjechanych filmów, a ja pozwolę sobie nieco nawiązać do tych słów przerabiając je na "Jak dobrze mieć pieniądze". A jeszcze lepiej, kiedy je mając można zainwestować w sztab ludzi, którzy wiedzą co robią. Już od dłuższego czasu zauważam, że w Disneyu siedzi ktoś, kto ogarnia temat Marvela, Gwiezdnych Wojen, popkultury i całej bandy geekowskich upodobań i wie, gdzie co wstawić, gdzie co dać i kogo wybrać na rolę. Tak, zauważyliście, że ciężko wskazać chociaż jednego aktora, który byłby nie trafiony na powierzoną mu rolę? Tam, gdzie w sąsiednim obozie trwają walki, czy Leto nadaje się na Jokera, Margot Robbie to wymuszona pięknisia jako Harley, a Affleck zmienia się w Sadlecka w pomieszanym kinowym Snyderversie - tak każdy casting ze stajni Marvel Studios to strzał w dziesiątkę. 
Kiedy postanowiono wybrać Cumberbatcha na rolę Stephena Strange'a aż cmoknąłem na głos z zadowolenia. To było celowe. Przecież to Sherlock Holmes! Geniusz, egocentryk, socjopata - odegrany przez te aktora tak dobrze, że obecnie ten jest rozchwytywany przez reżyserów i grafik ma napięty do granic możliwości. Ten kto zna komiksowego Dr Strange'a wie, że ma wiele cech Sherlocka. Studio zatem postanowiło mądrze dobrać aktora, którego nie tylko znamy i lubimy w takiej roli, ale który też ma świetny warsztat i pasuje wizualnie do naszego protagonisty. 
Wyszedł z tego iście przydługi wstęp, ale gdy od tak dobrych posunięć zaczyna się budować film, łatwo potem iść za ciosem i dokładać coraz to smakowitszych elementów do tego czekoladowego tortu, jakim okazał się być Dr Strange.

2. Lepiej niż "Incepcja".

Wybrałem się na wersję filmu 3D w IMAX - tak też chciałbym i Wam polecić. Oczywiście, jeśli nie macie sporych problemów z chorobą lokomocyjną, gdyż pierwsze minuty filmu to wartka akcja, gdzie bohaterowie poruszają się w przód, kamera się kręci, świat niczym w "Incepcji" Nolana obraca, a między tym wszystkim błyskają strzały magii iskrząc nam przed oczami. Potem jest albo słabiej, albo po prostu się przyzwyczajamy do tej wizji, ale początkowo nawet mi zakręciło się w głowie. Wielkie pochwały za jakość tych efektów, choreografię i przemyślane ujęcia. Nie jest to co prawda artystyczne arcydzieło, ale od innych filmów akcji (patrz: BvS) odbiega tak znacznie poziomem, że zostawia konkurencję właściwie w tyle. 
Zadałem po seansie na głos pytanie: "Czy właśnie te efekty nie wpływają na to, że jesteśmy tak zachwyceni filmem? Czy tak samo bylibyśmy nim zachwyceni, gdybyśmy go widzieli na DVD w salonie?". Odpowiedź przyszła pewna: "Tak, tak samo". Muszę się z tym zgodzić. 
Musicie od razu wiedzieć, że nie jest to film, który wejdzie na szczyty kinematograficznej zabawy sztuką niczym "Grand Budapest Hotel" albo poruszy każdą nutę duszy jak "Zielona Mila". 
Dr Strange od początku chce dobrze bawić i nie nudzić - i na młot Moradina - wychodzi mu to jak nikomu przed nim.
Nie pozwala odetchnąć, a każda scena, każda kolejna sceneria jest inna, przemyślana, naszpikowana oryginalnymi pomysłami, dobrym humorem oraz smaczkami (zwróćcie uwagę na nazwę ulicy kiedy Strange już jako mag ląduje po raz pierwszy w Nowym Yorku!). 
Dostarcza rozrywki w sposób mistrzowski - tego od takiego kina oczekuję i tego dostałem.
ALE NIE TYLKO TEGO!
Jakimś sposobem twórcom udało się dopchnąć jeszcze delikatnie wątek miłosny (w tle, nie istotny, krótko, niemal mgliście, ale chwyta za serce), rozwój postaci i dokładny zarys charakterów postaci oraz parę wartości moralizatorskich. Tak więc od latania oczami po ekranie i śmiania się do rozpuku przechodzimy do dumania nad głębią niektórych spostrzeżeń bohaterów oraz zachwytem nad pomysłowością protagonisty - czy też jego arogancją i ego. 
Nie ma szans na nudę - a przecież nuda jest najgorszym zagrożeniem dla takich filmów!

3. Na słabszą postać dobrego aktora - stać nas!

No i tutaj pojawia się mały cień. Taki, który pojawia się co chwila w filmach Marvela. Antagonista. Villain jest po prostu ... nijaki. Studio doskonale o tym wiedziało, gdyż w filmach typu origins ciężko upchnąć jeszcze rozwój ciekawego przeciwnika, przez co dostajemy postaci typu Ronan ze Strażników Galaktyki (jakże niesamowity film i jakże nijaki przeciwnik wzięty z czapy!). 
Tutaj twórcy jednak wrócili do sentencji, którą zacząłem tę recenzję, zawoławszy "dobrze mieć kasę!" i zatrudnili Mads Mikkelsena, aktora znanego chociażby z roli serialowego Hannibala Lectera, Tam gdzie zarys antagonisty traci, tam nadrabia niesamowita charyzma aktora. Nadal nie jest idealnie, ale nie jest tak nudno jak w przypadku w/w Ronana. 
Kiedy też zdejmie się otoczkę wizualiów, humoru oraz świetnej gry aktorów (brawa za postać Wonga!) zostaje raczej klasyczne origin story, w pewnych miejscach nieco przyspieszane (bardzo szybkie postępy - od byłego lekarza do największego mistrza magii), a w niektórych wręcz spowalniane na siłę (tu przykład pominę, obiecałem brak spoilerów). 
Tylko, że cała reszta jest tak umiejętnie nałożonym makijażem, że nikt z nas nie powinien i nie zwraca uwagi, że gdzieś tam jest jedna mała zmarszczka i mały pryszcz. Bo po co? No i czy to coś zmienia dla ogólnego wrażenia?
Nie.

4. Dajcie mnie tego wincyj!

Och i z jaką radością wychodzi się z kina, analizujac każdy fragment, wspominając żarty i sceny i pragnąc więcej. Więcej Dr Strange'a, więcej Marvela i więcej tak dobrych decyzji Marvel Studios. 
Dla tych co zostali po napisach ślinka cieknie jeszcze bardziej intensywnie, a ja z radością patrzę na Disneyowski kalendarz na kolejne 12 miesięcy... 
Gwiezdne Wojny: Łotr Jeden, Thor Ragnarok, Avengers 3, Spider-Man, Czarna Pantera i moi ukochani STRAŻNICY GALAKTYKI 2! 
Do zobaczenia zatem z Wami tutaj i na kanale przy okazji tych oraz innych premier, a kto jeszcze nie był w IMAX na Dr Strange niechaj wie, że arkana magii i świetnej rozrywki oczekują jego obecności niezwłocznie!
Bywajcie podróżnicy.

Paweł "Ataman" Atamańczuk.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz