poniedziałek, 24 września 2018

Drugi sezon Iron Fist na Netflix to... zło, dno, beznadzieja, cholera i rozwolnienie. Iron Fist sezon 2 - recenzja.


Pierwszy sezon Iron Fista był globalnie zlinczowany, zjechany i wyśmiany. A to, że Danny Rand (główna postać - przypomina redaktor) jest na wskroś tępy i irytujący, a to, że fabuła jest nijaka, zdjęcia nieudane itd. Mam z tym aż dwa problemy. Pierwszy to taki, że drugi sezon zdaje się być przyjęty cieplej od pierwszego, a drugi taki, że ja wcale pierwszy lubiłem. To, że Danny inteligencję prezentował raczej krewetkową trzeba niestety przyznać. A fakt, iż cały serial był bardziej bajkowy i komiksowy od innych z serii Netflix-Marvel to prawda... lecz był to taki mój guilty pleasure.
To co zaś się odjaniepawliło w drugim sezonie przechodzi wszelkie pojęcie. Serial ma dokładnie 2 dobre rzeczy, i jedną średnią, za to górę łajna, błędów, nudy i wkurzogennych elementów.

Ah, będą spoilery, więc jeśli bardzo chcesz się dać "nie zaskakiwać" oraz odkrywać durne pomysły twórców bez wiedzy o nich wcześniej, zaniechaj czytania tego tekstu. Lecz uważam, że powinnaś/nieneś. Być może, gdy obniżysz swoje oczekiwania i będziesz wiedziała/dział czego się spodziewać, serial może nawet Ci się spodobać. 


Witaj na spowiedzi synu. Czym zgrzeszyłeś?


Byłem zły na drugi sezon Jessici Jones, że nie dał mi tego, czego oczekiwałem. Najbardziej chyba za to, że się dłużył, a wątki wcale nie ciekawe ciągnęły się w nieskończoność. Obiektywnie serial był dobry, a pod względem fabuły i realizacji wręcz bardzo prawidłowy. Po prostu po przeczytaniu masy komiksów z JJ uznałem, że znam materiał źródłowy o wiele lepiej niż twórcy serialu. I nie chodzi o interpretacje źródła, a zgubienie jego fundamentów. A to drażni. 

Nowy Iron Fist daje "kopniaka" od samego początku. Najpierw pokazuje ciekawą scenę akcji, co pozwala suponować iż jest postęp względem chociażby Defenders. No i pod tym względem jest. Realizacja i reżyseria stoi na wyższym poziomie. Lecz z pierwszego planu, tylko to. Po półtora odcinka moja luba, która łyknęła ze mną kilka seriali Marvel-Netflix uznała krótko "nie ciekawi mnie to". Wtedy trafiło do mnie, z czym jest problem. Dwa odcinki, 90 minut materiału, a nie zawiązało się nic, co by wciągało. W końcu zakreśla się coś w trzecim odcinku, ale mimo to - nie wiemy gdzie zmierzamy. Nie mamy poczucia celu, a kiedy rozumiemy co tym celem jest słyszymy takie głośne "meh" z tyłu głowy. "To nie może być główny i ważny wątek" - podpowiada logika. Logika, jak to zwykle ma w zwyczaju, ma rację. Ale to nie zmienia faktów. 

Podzielmy recenzje na grzechy i dobre uczynki. By spowiednik miałby co robić.

Grzech 1: Fabuła. 


Główny wątek, czyli kradzież mocy Iron Fista przez Davosa jest może i spoko, ale dość oklepany. Wskutek tego, miast oglądać dojrzewającego Dannego w roli wojownika widzimy zbuntowanego gówniarza, który ciągle traci panowanie nad sobą, ściemnia, ukrywa się, a w efekcie uznaje, że nie chce Iron Fista. Dochodzi do wniosku, że Coleen powinna przejąć pięść, jeśli uda się im odzyskać ją od Davosa. Co okazuje się dziecinnie proste, wręcz szybkie. Tak, oglądamy pięć odcinków gadania o tym co będzie i dlaczego, po to by przejęcie trwało chwilę, nie było uwieńczone żadną ciekawą walką i ostatecznie... Coleen przejmuje pięść. Wiem, że to mocny spoiler, ale to jest tak irytujące, że nie sposób tego pominąć wylewając swoje żale. 
To po co oglądam trzeci serial z Dannym?! Po to, by ten uznał, że w sumie nie chce, nie przebył żadnej drogi, nie rozwinął się, a ta irytująca, bezbarwna postać....?
O właśnie, grzech drugi.

Grzech 2: Charaktery bez charakteru.


Tak paskudnie beznadziejnego nakreślenia postaci nie widziałem chyba nigdzie poza The Room. Danny ma charakter chwiejny niczym baba, nie pokonuje żadnej znaczącej drogi. Coleen jest płaska (dobór słów akurat niefortunny), bezwymiarowa. Niemal idealna we wszystkim, niczym Rey. Do tego okazuje się być potomkinią jednej z pierwszych Iron Fist w historii Kunlun. No co za przypadek, albo jak twórcy starają się nam wmówić - przeznaczenie! Szczerze, cała jej postać była dla mnie tak nudna, że miałem nadzieje, że zniknie po pierwszym sezonie. Lecz i Defenders i drugi sezon nam ją wmuszają, uznając z jakiegoś powodu, że jest ciekawa. I ważniejsza niż sam Danny, który w serialu znika, kuleje i coś tam gada. Dopiero pod koniec czegoś dokonuje, pokazuje się od ciekawszej strony. Trochę, bo Coleen i tak "miażdży" przy nim. 
Kolejną irytującą, lecz odrobinkę mniej, postacią jest Misty, policjantka. Kolejna nieskazitelnie dobra, idealna. Pojawia się w każdym serialu zamiast pani pielęgniarki. Problem z nią jest taki, że istnieje tylko po to, by pchać fabułę do przodu, albo to umożliwiać. Magicznie tłumaczy idiotyczne zachowania policji, albo ich brak, ciągłą ochronę dla Dannego i Coleen (ich bezkarność). 
Davos. Główny villian serialu. Tutaj dodam mały cukierek do tej miski gdziegciu, gdyż aktor, który gra Davosa zasługuje na jakąś nagrodę i bynajmniej złotą malinę. To co miał robić, robi idealnie. Gra świetnie, kupuję cały jego ból i szaleństwo. Jednak motywy, postępowanie i charakter jest już tak źle nakreślony przez twórców, że zamiast mieć ciarki jak przy Kingpinie czy zachwyt i ciekawość Kilgrave'a mamy... kolejne "meeeeeh". 
Na dokładkę Joy. Postać, która znów ma zarówno utalentowaną aktorkę oraz jest kimś ważnym. Jej motywacja jednak zarówno do złych jak i dobrych rzeczy jest albo niejasna, albo podpada pod jakieś zaburzenie psychiczne.

Grzech 3: Logika, a właściwie jej brak.


Tutaj pojawi się parę spoilerów.
Największy grzech na sam początek, by potem ksiądz, który spowiada nie był już tak przerażony kolejnymi. Zgoda? Zgoda.
Otóż, Davos kradnie pięść i smoka Dannemu (to nie eufemizm). Odprawia skomplikowany rytuał, szykuje się do niego bardzo długo. Pomaga mu Joy. Danny próbując odzyskać swoją moc, dochodzi do wniosku, że... cała jego motywacja zostania Iron Fistem, to chęć posiadania Iron Fista. Więc uznaje, że nie chce już jej. Bo w sumie - no nie, złym był Iron Fistem. I trochę racji ma. Tłem wydarzeń dla drugiego sezonu jest nadchodząca wojna między dwoma gangami. Danny próbuje przekonać obydwie strony do rozejmu, ale coś mu nie wychodzi. Więc wojna się zbliża. Davos... zabija wszystkich złych, a w ferworze walki zabija też jednego dobrego, powiązanego ze złymi. W efekcie przestępców zostaje kilku, a i tak mają zginąć. Więc Danny za wszelką cenę chce ich uratować.
Czej, co?
Właśnie. Serial usilnie przekonuje nas, że zabijanie morderców jest tak samo złe jak to co oni robią (gwałty, rabunki, morderstwa... spoko. Zabicie przestępcy - morderstwo). Nawet Batman, który miał w zwyczaju nie zabijać, najpierw potężnie obił mordę obwiesiowi, by potem przekazać takiego do policji. A Gotham z drogich więzień nie słynęło. 
Davos rozwiązuje sprawę szybko. Może trochę zbyt brutalnie i obawiamy się, co będzie dalej, ale ... skutecznie. Widz nie kupuje całej tej walki o życie morderców, a szybko stwierdzamy, że w sumie największe zagrożenie, czyli wojna gangów została rozwiązana przez tego "złego". 
Danny uznaje, że to Coleen powinna zostać Iron Fistem, mamy nawet całe długie dialogi, które przekonują ją do tego. No i nim zostaje, nauczając się nawet kontrolować swój miecz. Danny wyjeżdża z Wardem za granice, by coś odkryć. W sumie nie wiem co, coś azjatyckiego. Koniec końców okazuje się, że Danny jednak ma znów Iron Fista, mimo iż ponoć smoka ma Coleen. Więc jednak chciał być Iron Fistem? No nie, bo teraz wygląda jak Peter Quill ze Strażników Galaktyki dzierżąc dwa rewolwery, świecące się wraz z jego pięściami. 
Jeśli jeszcze Wy nie rozbiliście z żalu głowy, to ja to zrobiłem za Was.
Iron Fist, który zamiast pięści strzela z coltów świecącymi pociskami? Taaa jasne, to może jeszcze Ciri była murzynką?

Ach, niech ktoś mi wyjaśni, ale tak logicznie i jasno, cały kryzys związkowy między Coleen i Dannym odkąd zaczęła go trenować kiedy ten nie miał pięści. "Zostając twoją mistrzynią muszę się odciąć emocjonalnie, to na nas wpłynie", jest dla mnie równie dobrym wyjaśnieniem co sławetne tłumaczenie naszego byłego prezydenta swoim stanem jako lekarstwami na chorobę tropikalną. Wiemy, że ściemniasz, wiemy, ale po co? Co się dzieje, o co chodzi? 

Małe trzy dobre uczynki.


Pierwszy: Mary Walker. Kurczę, ona skradła serial. Jej stan psychiczny, przejścia, walka sama ze sobą, odpowiednio budowane napięcie wokół niej i rozwój postaci, to że się w ogóle rozwija, zmienia  w przeciwieństwie do innych i do tego umie skopać dupsko - jest super. Aktorka też stanęła na wysokości zadania. Serial mógłby być o niej, nie tak długi, ale jakiś miniserial. Byłoby to ciekawsze.
Drugi: Ward. Tak, ten sam co w pierwszym sezonie wkurzał i irytował - tutaj nie tylko przechodzi ogrom zmian, nie tylko autentycznie wpływa na wydarzenia w takim stopniu jak może, to jeszcze próbuje odkryć samego siebie. Co nie kończy się ani czarno, ani biało. Tak jak życie. 
Trzeci dobry uczynek to akcja i reżyseria. Serial prezentuje znacznie większe doznania wizualne, zarówno w zdjęciach jak i choreografii walk. No, ale szału też nie ma. Walka z Bakuto w central parku w pierwszym sezonie nadal fajniejsza.

No więc...


Trzy dobre uczynki, na całą masę łajna, błędów i generalnie ciągle powtarzanego WHAT THE FUUUUCK, na zmianę "no i ...?". To zdecydowanie za mało. Wszystko co ważne nie stykło, rozwiązania fabularne tragiczne, główne postaci nudniejsze nawet bardziej niż kiedyś. 
Cała nadzieja w Daredevil, trzecim sezonie, gdyż niestety im dalej las w serialach Marvel od Netflixa, tym gorzej. Quo Vadis, Netflix? 

Ocena 2.5/10.


Skarżył się i marudził: Ataman.




niedziela, 3 grudnia 2017

"Szpony i Kły" - opowiadania w Wiedźminskim świecie - recenzja


Spojrzawszy na półkę w księgarni poczułem jak serce zaczęło bić szybciej. Szybko dostrzegłem litery tworzące wyrazy "Wiedźmin" oraz "Andrzej Sapkowski", wraz z wcale niebrzydką okładką. Nie należę do malkontentów i przeciwników "Sezonu Burz", a tym bardziej tych ignorantów przyklaskujących Mistrzowi Sapkowi w marudzeniu na gry, więc widok ten ucieszył mnie ogromnie. 

Gorycz, a właściwie mocne rozczarowanie przyszło gdy wziąłem książkę do ręki i po wnikliwych oględzinach odłożyłem knigę na miejsce...

1. Nagana na początek.

Książkę postanowiłem jednak zakupić, lecz nastąpiło to jakiś czas później, z odpowiednią promocją. Powoli całkiem przychylne opinie znajomych sprawiły iż moje uprzedzenie ustąpiło miejsca głodnej ciekawości. 
Zatem czemu tak było? Czemu muszę wystawić poważną naganę na początku tej opinio-recenzji, miast przejść do standardowej formy? 
Ano właśnie dlatego, że "Szpony i Kły" są zbiorem opowiadań wielu autorów. Ci zostali wyłonieni w konkursie, w którym rzekomo uczestniczyło ponad 150 kandydatów wraz ze swoimi wypocinami. Nie wiem czemu do mnie, ani do nikogo z moich znajomych nie dotarły informacje o istnieniu takowego kontestu, ale pewnie jest to spisek samego mistrza Sapkowskiego, który musiał zauważyć jak bardzo wychwalam trzecią część gry          wraz z DLC. 
Tytuły opowiadań wraz z ich autorami. Dobrze schowane.
Okładka książki jednak nie informuje nas o tym. Ba! Nie tylko okładka. Tył, a nawet informacje dodatkowe na zakładkach. W przypisach również nie jest to jasno powiedziane. 
Trzeba wiedzieć, by nie dać się nabrać!
Szczególnie iż "Andrzej Sapkowski" Zajmuje 1/3 okładki, po tym tytuł zbioru wraz z "Wiedźmin". Gdy jednak przymrużymy oczy, skupimy się na malutkich literach pod nazwiskiem twórcy uniwersum zauważymy malutką poszlakę... "prezentuje". Andrzej Sapkowski - prezentuje. 
Do diaska! 
Ja wiem, że ciężej sprzedać towar, którego nie stworzył autor, a jacyś pół-amatorzy, gdzie ich twory mistrz być-może-przeczytał i zaakceptował, ale jednak to jest tak jawne robienie ludzi w ... buca, za przeproszeniem, że pomimo względnie pozytywnej lektury nadal jestem na to zły.
Zły jestem też na inne rzeczy, ale teraz może coś pozytywnego.

2. Nie jest źle!

No ... nie jest. BA! Z początku wręcz byłem pozytywnie zaskoczony i pełen entuzjazmu. Mimo iż opowiadanie otwierające zbiór uważam za raczej przeciętne, to jednak trzyma ono nieco klimat Wiedźmina i jego wczesnych przygód.
Opowiadania trzymają poziom i widać, że wybrano twórców, którzy przynajmniej umieją pisać, a Sapkowski widać jest im literackim drogowskazem. 
Klimat, wydarzenia i postaci - nowe i stare - to wszystko działa i się zgadza. Autorzy odrobili lekcje i nie ma wpadek, a przynajmniej takowych ja nie wyłapałem.
"Lekcja Samotności" to jedno z ciekawszych i przyjemniejszych opowiadań jakie czytałem! 
Problem jednak z tymi historiami jest taki, że przypominają one te lepsze zadania poboczne z Wiedźmin 3: Dziki Gon. Co notabene jest pochwałą, gdyż te były tak świetnie, że nadawały się do podwalin jakiegoś opowiadania w uniwersum.
Tylko, że Mistrz przyzwyczaił nas jednak do czegoś innego.
Do historyj, które ciężko przełożyć na inne medium, niż to pisane.
Te - spokojnie by się dało.
Nie wszystkie mają identyczny poziom oczywiście, jednak kilka wyróżnia się bardzo pozytywnie, a całość nie schodzi poniżej przeciętnej - co zapewne jest problemem, kiedy wybiera się garść twórców usilnie próbujących nałożyć na nogi nie swoje buty. A te uwierają, gniotą w palce, są zbyt małe albo zbyt duże. Raczej niemal zawsze - widać, że nie pasują.
Tak metaforycznie, rzecz jasna.
Więc tak, nie czuje się rozczarowany poziomem opowiadań, ani faktem zakupu jednak tego zbioru.

3. Ale jednak...

Jest kilka podstawowych problemów związanych z formą tego zbioru. Wydają się one dość oczywiste i można by przymknąć na nie oko, jednak tutaj jakoś zbyt rzucały mi się w oczy.
Koncept. 

Dajmy na to, tom "Ostatnie Życzenie" jest spójną historią, bawiącą się intertekstualnością i interpretacjami baśni, podań i bajek. "Miecz Przeznaczenia" prowadzi nas za rękę i opowiada po kolei ideę powstawania wiedźminów, historii Geralta aż do przeznaczenia jego i Ciri. 
Tutaj opowiadania nie mają wspólnej myśli. Redaktorzy układali je tak, by miały sens chronologiczny w osi czasu wydarzeń z kanonu, jednak... są to losowe historie.
No i jasna sprawa - styl. Wszyscy jak jeden mąż chcieli udawać pana Andrzeja. Jednym wychodziło to lepiej, drugim gorzej. Zatem ja się pytam: po co?
Po co udawać pisarza? Dobry cover zespołu powstaje wtedy, kiedy muzycy o dość charakterystycznym stylu odgrywają inny charakterystyczny zespół w swoim stylu. 
Na uwagę jednak zasługuje "Lekcja Samotności", która jako jedyna miała dość inny styl, dobry pomysł na siebie oraz pasowała do takiej formy.
To co mnie lekko oburzyło to... brak Geralta. Praktycznie nie ma go już od trzeciego albo czwartego opowiadania. Późniejsze dzieją się już po ostatnim tomie sagi, przeto Geralta być nie może. 
Fakt, fajnie poznać historie innych ludzi tego uniwersum, zresztą bardzo szerokiego i bogatego, czarodziejek, innych wiedźminów (spółka Lambert-Triss!), ale cóż... Brakło naszego białego wilka. Brakło, a momentami wręcz historie postaci, które mi totalnie zwisały siermiężyły mi lekturę.
Ostatnia kwestia - wydanie. To samo beznadziejne co w Sezonie Burz. Po 3ech godzinach moja książka wygląda jakbym miał ją od 18 lat i latała od rąk do rąk. 
T R A G E D I A.
Czemu Supernova idzie w tym w zaparte?


4. Do zobaczenia Biały Wilku!

I jak sądzicie, moi mili, czy po tylu nieprzychylnych słowach nadal mogę polecić Wam wydanie tych ponad trzydziestu złociszy na książkę nienapisaną (i ciekawe czy w ogóle przeczytaną!) przez twórcę Wiedźmina? 
Hm, tak. 
Bo nadal są to ciekawe historie, dobrze napisane i zawierające w sobie przygody postaci, które lubimy w świecie, który uwielbiamy.
Sama forma i pomysł na tyle "ALE", wraz z mankamentami, że nie mogłem tego nie wypunktować, a potem z czystym sercem polecać Wam lekturę.
Nie, musicie wiedzieć na co się piszecie i czy w tym przypadku powyższe problemy nie są wystarczającymi, by zaniechać czytania.
Dla mnie nie były, chociaż lekki posmak mi pozostał.
No cóż, Biały Wilku - do zobaczenia!

Tak, do zobaczenia. 
Mocno czuję, czy to z pobudek finansowych, czy też innych, że Pan Sapkowski nie postawił jeszcze swojej ostatniej kropki w tym uniwersum.

Paweł "Ataman" Atamańczuk




czwartek, 27 października 2016

Dr Strange - Recenzja najnowszego dzieła ze stajni Marvel Cinematic Universe. Bez spoilerów.


Pasy zapięte? Gotowi na niesamowite efekty, pomysłową i intensywną akcję, ciekawych bohaterów odstających od kiczu superhero oraz częsty humor, który działa niemal za każdym razem? A wszystko to w filmie, który co chwile ociera się o sztampę lub prostotę, zręcznie skręcając w bok za każdym razem, kiedy pojawia się na drodze napis "to już było" w stronę drogowskazu"a spójrzcie na to!".  No to zaczynamy!


1. Dr Sherlock Strange


"It's good to be a king" - Mel Brooks raczył nas tym żartem w jednym ze swoich odjechanych filmów, a ja pozwolę sobie nieco nawiązać do tych słów przerabiając je na "Jak dobrze mieć pieniądze". A jeszcze lepiej, kiedy je mając można zainwestować w sztab ludzi, którzy wiedzą co robią. Już od dłuższego czasu zauważam, że w Disneyu siedzi ktoś, kto ogarnia temat Marvela, Gwiezdnych Wojen, popkultury i całej bandy geekowskich upodobań i wie, gdzie co wstawić, gdzie co dać i kogo wybrać na rolę. Tak, zauważyliście, że ciężko wskazać chociaż jednego aktora, który byłby nie trafiony na powierzoną mu rolę? Tam, gdzie w sąsiednim obozie trwają walki, czy Leto nadaje się na Jokera, Margot Robbie to wymuszona pięknisia jako Harley, a Affleck zmienia się w Sadlecka w pomieszanym kinowym Snyderversie - tak każdy casting ze stajni Marvel Studios to strzał w dziesiątkę. 
Kiedy postanowiono wybrać Cumberbatcha na rolę Stephena Strange'a aż cmoknąłem na głos z zadowolenia. To było celowe. Przecież to Sherlock Holmes! Geniusz, egocentryk, socjopata - odegrany przez te aktora tak dobrze, że obecnie ten jest rozchwytywany przez reżyserów i grafik ma napięty do granic możliwości. Ten kto zna komiksowego Dr Strange'a wie, że ma wiele cech Sherlocka. Studio zatem postanowiło mądrze dobrać aktora, którego nie tylko znamy i lubimy w takiej roli, ale który też ma świetny warsztat i pasuje wizualnie do naszego protagonisty. 
Wyszedł z tego iście przydługi wstęp, ale gdy od tak dobrych posunięć zaczyna się budować film, łatwo potem iść za ciosem i dokładać coraz to smakowitszych elementów do tego czekoladowego tortu, jakim okazał się być Dr Strange.

2. Lepiej niż "Incepcja".

Wybrałem się na wersję filmu 3D w IMAX - tak też chciałbym i Wam polecić. Oczywiście, jeśli nie macie sporych problemów z chorobą lokomocyjną, gdyż pierwsze minuty filmu to wartka akcja, gdzie bohaterowie poruszają się w przód, kamera się kręci, świat niczym w "Incepcji" Nolana obraca, a między tym wszystkim błyskają strzały magii iskrząc nam przed oczami. Potem jest albo słabiej, albo po prostu się przyzwyczajamy do tej wizji, ale początkowo nawet mi zakręciło się w głowie. Wielkie pochwały za jakość tych efektów, choreografię i przemyślane ujęcia. Nie jest to co prawda artystyczne arcydzieło, ale od innych filmów akcji (patrz: BvS) odbiega tak znacznie poziomem, że zostawia konkurencję właściwie w tyle. 
Zadałem po seansie na głos pytanie: "Czy właśnie te efekty nie wpływają na to, że jesteśmy tak zachwyceni filmem? Czy tak samo bylibyśmy nim zachwyceni, gdybyśmy go widzieli na DVD w salonie?". Odpowiedź przyszła pewna: "Tak, tak samo". Muszę się z tym zgodzić. 
Musicie od razu wiedzieć, że nie jest to film, który wejdzie na szczyty kinematograficznej zabawy sztuką niczym "Grand Budapest Hotel" albo poruszy każdą nutę duszy jak "Zielona Mila". 
Dr Strange od początku chce dobrze bawić i nie nudzić - i na młot Moradina - wychodzi mu to jak nikomu przed nim.
Nie pozwala odetchnąć, a każda scena, każda kolejna sceneria jest inna, przemyślana, naszpikowana oryginalnymi pomysłami, dobrym humorem oraz smaczkami (zwróćcie uwagę na nazwę ulicy kiedy Strange już jako mag ląduje po raz pierwszy w Nowym Yorku!). 
Dostarcza rozrywki w sposób mistrzowski - tego od takiego kina oczekuję i tego dostałem.
ALE NIE TYLKO TEGO!
Jakimś sposobem twórcom udało się dopchnąć jeszcze delikatnie wątek miłosny (w tle, nie istotny, krótko, niemal mgliście, ale chwyta za serce), rozwój postaci i dokładny zarys charakterów postaci oraz parę wartości moralizatorskich. Tak więc od latania oczami po ekranie i śmiania się do rozpuku przechodzimy do dumania nad głębią niektórych spostrzeżeń bohaterów oraz zachwytem nad pomysłowością protagonisty - czy też jego arogancją i ego. 
Nie ma szans na nudę - a przecież nuda jest najgorszym zagrożeniem dla takich filmów!

3. Na słabszą postać dobrego aktora - stać nas!

No i tutaj pojawia się mały cień. Taki, który pojawia się co chwila w filmach Marvela. Antagonista. Villain jest po prostu ... nijaki. Studio doskonale o tym wiedziało, gdyż w filmach typu origins ciężko upchnąć jeszcze rozwój ciekawego przeciwnika, przez co dostajemy postaci typu Ronan ze Strażników Galaktyki (jakże niesamowity film i jakże nijaki przeciwnik wzięty z czapy!). 
Tutaj twórcy jednak wrócili do sentencji, którą zacząłem tę recenzję, zawoławszy "dobrze mieć kasę!" i zatrudnili Mads Mikkelsena, aktora znanego chociażby z roli serialowego Hannibala Lectera, Tam gdzie zarys antagonisty traci, tam nadrabia niesamowita charyzma aktora. Nadal nie jest idealnie, ale nie jest tak nudno jak w przypadku w/w Ronana. 
Kiedy też zdejmie się otoczkę wizualiów, humoru oraz świetnej gry aktorów (brawa za postać Wonga!) zostaje raczej klasyczne origin story, w pewnych miejscach nieco przyspieszane (bardzo szybkie postępy - od byłego lekarza do największego mistrza magii), a w niektórych wręcz spowalniane na siłę (tu przykład pominę, obiecałem brak spoilerów). 
Tylko, że cała reszta jest tak umiejętnie nałożonym makijażem, że nikt z nas nie powinien i nie zwraca uwagi, że gdzieś tam jest jedna mała zmarszczka i mały pryszcz. Bo po co? No i czy to coś zmienia dla ogólnego wrażenia?
Nie.

4. Dajcie mnie tego wincyj!

Och i z jaką radością wychodzi się z kina, analizujac każdy fragment, wspominając żarty i sceny i pragnąc więcej. Więcej Dr Strange'a, więcej Marvela i więcej tak dobrych decyzji Marvel Studios. 
Dla tych co zostali po napisach ślinka cieknie jeszcze bardziej intensywnie, a ja z radością patrzę na Disneyowski kalendarz na kolejne 12 miesięcy... 
Gwiezdne Wojny: Łotr Jeden, Thor Ragnarok, Avengers 3, Spider-Man, Czarna Pantera i moi ukochani STRAŻNICY GALAKTYKI 2! 
Do zobaczenia zatem z Wami tutaj i na kanale przy okazji tych oraz innych premier, a kto jeszcze nie był w IMAX na Dr Strange niechaj wie, że arkana magii i świetnej rozrywki oczekują jego obecności niezwłocznie!
Bywajcie podróżnicy.

Paweł "Ataman" Atamańczuk.

środa, 9 marca 2016

Deadpool vol 3: Dobrzy, źli i brzydcy. - Recenzja komiksu.

 

Zaczęło się od siekania ożywionych prezydentów USA przy rzucaniu dowcipami o raku, penisie i seksie, a przeszło w ... stratę, ból, cierpienie, rodzicielstwo, odkrywanie przeszłości, wykorzystywanie, obozy śmierci oraz godzenie się z własnym parszywym losem. Deadpool odkrył przed nami swoje najbardziej skryte karty i trzeciej części serii "Marvel Now!" będziemy mieć okazję by nasze emocje i uczucia zostały poddane solidnemu sparingowi bez rękawic bokserskich prosto w trzewia. Oto jak prezentuje się "The good, the bad and the ugly" - czyli po naszemu pozwoliłem sobie to przełożyć na "Dobrzy, źli i brzydcy"*.


1. Biały alfons.


Cała historia zaczyna się bardzo niepozornie. Ponownie retrospekcja z lat dawniejszych jawi się jako żart - kolorowo stylizowany komiks na modłę lat 60tych w chaosie. Jednak szybko te wspomnienia przechodzą w czasy obecne i normalną kreskę.
Deadpool bawiąc się w superbohatera dołącza się na siłę do Luke Cage'a oraz Iron Fista - bohaterów do wynajęcia - by powstrzymać "Białasa". Alfonsa, który swoje moce i zdolności zawdzięcza Mandarinowi. Tak napotyka więzioną przez niego kobietę, z którą szybko zawiązuje relacje in flagranti delecto.
Wiele lat później biały alfons powraca, a to przypomina wydarzenia z życia Deadpoola, które z jakiegoś powodu uleciały z jego umysłu. Cała ta historia jest tylko pretekstem by pchnąć fabułę do przodu.
Taki zabieg wydaje mi się bardzo słuszny. Pozwala się rozerwać czytelnikowi i pośmiać, a przy okazji przypomnieć też nieco co działo się w "Łowca Dusz" - gdyż wydarzenia te są kontynuacją vol.2. 

2. Jak Komórczak. Walka z przeszłością. Powaga.


W poprzednim tomie mieliśmy motyw złodziei narządów i tym razem on powraca. Wade jednak
nie pozwala się przechytrzyć, co owocuje odkryciem przez niego bardzo niewygodnej prawdy - ponownie jest on wykorzystywany przez ludzi powiązanych z Bronią X.  Projektem tworzenia mutantów w celach wojskowych, którego on sam był efektem.
Jak wiemy Deadpool ma zdolność kompletnej regeneracji niemal od jednej komórki - tym sposobem stał się dawcą-na-siłę dla specjalnego projektu.
Ponownie. 
Piszę o tym zdradzając tą część fabuły głównie po to by dać przykład jak wielkie mamy zarysowanie poważnych problemów dotyczących samego protagonisty.
W tym komiksie przez większość stron możemy zapomnieć o głupkowatych żartach i docinkach Deadpoola. W pewnym momencie, kiedy łączy się w drużynę razem z Wolverinem (który z jakiegoś powodu stracił swój healing factor) oraz Kapitanem Ameryką, jego przeżycia i uczucia są zaskakująco brane pod uwagę przez wspomnianą dwójkę.
Martwi się o niego zarówno sam Logan jak i Steve Rogers - a ten reaguje to bólem, to wściekłością, to gniewem a nawet kompletną rozpaczą.

3. To coś nowego...


... Dla mnie przynajmniej. Po poprzednich dwóch tomach, gdzie te motywy były odpowiednio wymieszane z akcją i humorem, ten solidny, głęboki i poważny wątek tak bardzo poszerzający charakter samego Wade Wilsona o nowe, dobre cechy momentami aż mnie przypierał do muru. Głowiłem się i troiłem by zrozumieć co może czuć człowiek, którego wielokrotnie wykorzystano, który boryka się z szaleństwem, ma w swojej głowie drugą jaźń zabitej agentki T.A.R.C.Z.Y, który nie może normalnie wyglądać, żyć..nawet umrzeć! Który jest pogardzany i nienawidzony przez innych, a to wszystko zakrywa w płaszczyku dowcipów i udawanej znieczulicy.

Wspominałem o tym przy okazji "Martwych Prezydentów" oraz "Łowcy Dusz", ale stopień tego zabiegu w "Dobrzy, źli i brzydcy" przerósł moje oczekiwania i to pomimo mocnego żartu z samego początku.

4. Seria wciąga coraz bardziej!


Ten tom jest zdecydowanie najlepszy ze wszystkich. Póki co. Ma świetną akcje, umiejętnie
dawkowany i wyważony humor, emocje, uczucia i przeżycia ( związane nawet z dzieckiem Deadpoola), które sprawiają, że nieraz odsuniemy komiks na bok po to by dokładnie przemyśleć i przeanalizować to co właśnie przeczytaliśmy.
Brawo za ten wolumin dla autorów i brawo dla samej serii, która jeśli utrzyma poziom będzie przeze mnie chyba najchętniej polecaną ze wszystkich, które dotąd miałem przyjemność poznać.
Nie jestem znawcą sztuki artystycznej więc celowo pominąłem wnikanie w kreskę i styl. 
Powiem tylko, że mi bardzo odpowiada, gdyż zarówno sposób pokazania akcji, dynamizm kolejnych kratek jak i szczegółowość nie pozostawiają u mnie niedosytu.
Jeśli zastanawiasz się, czy sięgnąć do dziwacznego konceptu "Martwych Prezydentów" wydanych niedawno przez Egmont w Polsce, mogę Ci obiecać, że dla dwa tomy przeżyjesz jedną z najlepszych przygód swojego życia, dzięki temu, że sięgnąłeś po pierwszy tom i poczekałeś na kolejne.

Dobra robota, Marvel!

Deadpool vol.3 "The Good, The Bad and the ugly"
Ocena: 10/10.

Ataman z AtaTV.


* - Wciąż nie jest znane oficjalne polskie tłumaczenie, gdyż równie poprawne wobec fabuły byłoby zastosowanie liczby pojedynczej - Dobry, zły i brzydki. Tyczyłoby się to wtedy samego Deadpoola. Ja postanowiłem jednak objąć tym znaczeniem pozostałe postaci ukazane w najważniejszych momentach komiksu, do których też to by pasowało. Stąd moje tłumaczenie.

wtorek, 1 marca 2016

Deadpool vol.2 : Łowca dusz. - Recenzja komiksu



O ile przy omawianiu poprzedniej pozycji serii "Marvel Now!", czyli "Deadpool: Martwi prezydenci" miałem spore obiekcje co do samego konceptu zaplecza historii, tak w "Łowca Dusz" jestem po prostu geekowsko całkowicie spełniony. 
Deadpool powraca w kontynuacji wydarzeń z pierwszego tomu i robi to nie tylko z charakterystycznym dla siebie poczuciem humoru, ale też coraz odważniej poruszając bardzo poważne tematy tragizmu swojej postaci. 

1. Z diabłem pakty - licha sprawa. 


Komiks rozpoczyna nam... żart. Kilka stron stylizowanych na kanwę komiksów z lat 60tych ze świata Marvela, w których wydarzenia są przekoloryzowane a do tego mocno gloryfikujące protagonistę. Szybko można się zorientować, że jest to zabawny sposób na małą retrospekcję i wprowadzenie do wydarzeń z przeszłości w taki sposób, w jaki opowiedziałby nam to sam Wade Wilson. Tam właśnie poznajemy naszego antagonistę - Vortisa, demona na usługach samego Mephista, króla piekła. Vortis zbiera dusze dla diabła za pomocą paktów.
Tak, fani "Supernatural" mogą tutaj czujnie zastrzyc uszami, gdyż wygląda to bardzo podobnie. Korzyści i zdolności, które otrzymują śmiertelnicy w zamian za swoje dusze nie przekładają się na konsekwencje z prostych haczyków wynikających z podpisanej umowy. Tak właśnie Vortis wyręcza się czyimiś rękami by danego delikwenta ukatrupić i zabrać jego duszę nieco wcześniej.
Takim kolesiem "od czarnej roboty" staje się pewnego razu nasz kochany Deadpool, który jednak jeszcze sprytniej obchodzi kruczki umowy, a sam Vortis zostaje ukarany przez Mephista.

2. Agentko Preston - precz!


Tutaj przechodzimy do głównej fabuły, gdzie postamy się uniknąć spoilerów, lekko ją tylko nakreślając. Zaraz po wydarzeniach z "Martwych Prezydentów" stajemy przed zadaniem - wyrzucić agentkę Preston z głowy Deadpoola, który na swój pokrętny sposób zaprzyjaźnij się i z nią i nieudanym magiem Michealem i ...pewnym duchem. 
Do tego wszystkiego powraca postać Vortisa, który szantażujac Deadpoola znów robi z niego chłopca na posyłki. 
Nasi bohaterowie zatem stają przed trudnym zadaniem pomocy przyjaciółce, obrony przed sługą piekła oraz przechytrzeniem jego samego. Prostolinijność w działaniu i rozumowaniu Wade'a nie wydaje się ułatwiać całej sprawy.

Muszę przyznać, że cały ten zarys fabularny sprawdza się o niebo lepiej niż w poprzednim tomie, dając pole do rozwoju głównych postaci, a nawet znajduje miejsce dla całej masy bardzo barwnych cameo. 
Oto na jakiś czas na kartach komiksu zagoszczą Spiderman, Luke Cage, Jessica Jones czy nawet Daredevil. To niesamowite, że w tak krótkich chwilach, kiedy ich widzimy, autorom udało się poprawnie oddać ich postaci oraz zrobić apetytu na każdą z nich! 

3. To wszystko działa! Żart i powaga.


Tak, powtórzę to raz jeszcze. Cały ten komiks działa. Zarówno żarty - których pełno, akcja, występy gościnne czy chwile poważne. To co daje się mocno odczuć to to, jak Deadpool mimo często dobrych zamiarów jest nielubiany przez innych "superbohaterów". Spiderman go po prostu nienawidzi, Daredevil się nim brzydzi. T.A.R.C.Z.A. uważa go za zło koniecznie i robi w konia, a Avengers nie uznaje za bohatera (może i słusznie?). Odniosłem wrażenie, że jako takie ambiwalentne uczucia wobec niego miała Jessica Jones, co też dobrze ukazuje jej charakter.
Decyzje podejmowane przez Wade'a są decyzjami kontrowersyjnymi, skrajnymi. Jednak to co ciężko dostrzec, to fakt, że ciężko podejmować słuszniejsze na jego miejscu. Deadpool ewidentnie ma ciągłego pecha i gdyby nie żarciki maskujące jego paskudne życie byłby postacią tragiczną niczym Adaś Miauczyński w serii filmów Kotarskiego. 
To o czym mówię zresztą daje się mocno odczuć pod koniec komiksu, co bardzo pozytywnie wpływa na emocje związane z lekturą. Oto co chwile miałem okazje do parskania ze śmiechu na przemian z dosyć głębokimi i refleksyjnymi myślami - szczególnie jak na "komiks o superbohaterach", który notabene ma u większości społeczeństwa z góry przegraną pozycję. 

4. Zatem... warto?


Egmont szykuję dla Polskich czytelników naszą rodzimą wersję, ja jednak zaopatrzyłem się w wersję prosto z USA - co niestety pociągnęło za sobą zdecydowanie większe koszty. Zarówno wysyłka jak i cena komiksu przewyższa ponad dwukrotnie wartość polskiego wydania. Z tego powodu polecałbym jednak poczekać - szczególnie iż cały komiks po półtorej godziny spokojnej lektury idzie skończyć. 
"Łowca Dusz" podobał mi się dużo bardziej niż "Martwi prezydenci", a tych przecież oceniłem pozytywnie. Co ciekawe wszelkie słuchy donoszą, że "Deadpool vol.3", który już mnie płynie (bądź leci) jest jeszcze wyżej ocenianą pozycją!
Zdecydowanie zachęcam wszystkich do lektury, nawet tych, którzy Marvela znają średnio, komiksy czytali w dzieciństwie, a Deadpoola znają jako Ryana Reynoldsa.
Czasy się zmieniają, superbohaterowie też.

Deadpool vol.2 : Łowca Dusz (Sould Hunter)
Ocena: 9/10
Zapraszam do studio nagrań Kraków.

Paweł "Ataman" Atamańczuk




czwartek, 18 lutego 2016

Deadpool: Martwi Prezydenci - Recenzja komiksu.






Żarty o raku. Żarty o śmierci. Żarty o wszystkim. Krew, akcja i łamanie czwartej ściany. Do tego tragizm. Taki jest Deadpool, który powoli przebija się ze świata niszowego komiksu do szerszego kręgu odbiorców. Dzięki wydawnictwu Egmont w Polsce możemy cieszyć się pierwszym komiksem z tym nietuzinkowym antysuperbohaterem. "Deadpool: Martwi Prezydenci". Warto się z tym zapoznać?

1. Jestem Deadpool i lubię czimiczangi.


Pozwólcie, że pominę sobie pełną introdukcję postaci Deadpoola. Jeśli trafiła/eś tutaj szukając opinii o powyższym produkcie prawdopodobnie niejako jesteś zaznajomiony z tą ikoną komiksów Marvela, a jeśli nie to powyższa pozycja może być nie dla Ciebie. Wtedy polecam najnowszy film kinowy z Ryanem Reynoldsem wytwórni 20th Century Fox, gdyż jest to kino dobre, przeciętne fabularnie ale bardzo silne humorem i aktorsko, a przede wszystkim niezwykle dobrze zapoznające wszystkich z postacią Wade'a Wilsona. 

Postać Deadpoola to nie tylko żarty rzucane na prawo i lewo, nie tylko odradzanie się z każdej rany przy intensywnej akcji, nie tylko liczne cameo z całego uniwersum Marvela lecz także prawdziwa tragedia głównego protagonisty. Dzieła, które potrafią połączyć powyższe zasługują na naszą uwagę, gdyż wbrew pozorom i temu, co możemy powierzchownie zauważyć u Wade'a, jest to na prawdę trudny zabieg. 

Duggan i Moore wykonali robotę idealnie, chociaż set up jest nieco nietuzinkowy i na pierwszy rzut oka może zniechęcać....

2. Lincoln i ekipa wstaje do życia i chce zniszczyć USA... wait, whaaaaaat? 


"To zaszczyt służyć państwu, w którym sieję najwięcej zniszczeń".

No i właśnie... Nie zrozumcie mnie źle. Kocham Marvela, DC i kino amerykańskie szczerą, bezkompromisową miłością co nie oznacza, że jako Polak, europejczyk, nie jestem znudzony i zmęczony wszechobecną amerykanizacją. Musimy jednak pamiętać, że kolejną domeną komiksów/gier/animacji/filmów spod szyldu "Deadpool" są głównie takie setupy, w których nijak nie szłoby umiejscowić innych herosów. Taki właśnie jest nasz protagonista - kompletnie nietuzinkowy, łamiący czwartą ścianę, praktycznie nieśmiertelny i chory psychicznie. Postawienie go do walki z byle villianem pokroju Ultrona nie działałoby tak dobrze.

Zatem pewien nieudaczny mag przyzywa w swojej mylnej patriotycznej chuci zmarłych prezydentów, a ci miast pomóc zaczynają siać spustoszenie. T.A.R.C.Z.A. chcąc zachować wszystko w tajemnicy i załatwić sprawę po cichu nie przyzywa Avengersów, lecz odnajduję inny sposób: wynajmuje Deadpoola. 
Za grube pieniądze, gdyż tylko tak on pracuje.

Mimo pewnej niechęci z początku muszę przyznać, że całe zestawienie działa... wybitnie. Wade jako kanadyjczyk sam komentuje jak mało ważni są dla niego ci prezydenci rozprawiając się z każdym z nich na swój fikuśny sposób. 

3. Nie tylko humor.


Większość komiksu przeleci nam jako wartka akcja z humorem i pewnymi smaczkami pokroju gościnnych wystapień Thora, kapitana Ameryki czy nawet Doktora Strange. Dla tych, których humor jadący po bandzie przypadł do gustu ten komiks będzie niemal jak dobra komedia wysokich lotów. Aż chciałoby się to zobaczyć na ekranie. 

Tutaj wchodzi jednak to o czym wspomniałem na początku recenzji - Wade jest postacią tragiczną. Targają nim żal, nienawiść, choroba psychiczna, strata i cierpienia, które doznał. Chowa to wszystko pod płaszczyk humoru, który jednak nie zawsze działa.

Tak właśnie w pewnej chwili docieramy do motywów komiksu pełnego powagi, uczuć i nawet przesłania. Nie mam zamiaru tutaj niczego zdradzać, ale zapisuje to na wielki plus, że po tak intensywnej akcji pełnej żartów nagle autorzy przypominają, że seria Deadpool nie jest komedią i parodią Marvela, a pełnoprawną jego częścią.
Paradoksalnie chyba najbardziej sprowadzająca czytelnika na ziemie po bajecznych przygodach pokroju Avengers, X-men czy Strażnicy Galaktyki.

4. Warto?


Warto. Scenariusz komiksu jest przemyślany i udany, chociaż nie spodziewajmy się ambitnej fabuły. Jak już wspomniałem na początku - często dla Deadpoola setup jest tylko pretekstem by on sam mógł błyszczeć w swojej formie. 

Kolejnym argumentem za jest zarówno dynamiczna kreska jak i w tejże konwencji utrzymane tempo i akcja. Jednym z argumentów, dla których zawsze wolałem mangi była właśnie nużąca statyczność komiksu amerykańskiego - tutaj nie musimy się tego obawiać. 

Antagonistów tego komiksu mogę wybaczyć, jednak nie oznacza to, że uważam ich za dobry pomysł. Jest ich zbyt dużo i nie wiele dla mnie znaczą - domyślam się, że dla mieszkańców Stanów Zjednoczonych wprowadzają nieco dodatkowej komedii. Trochę jak dla Polaków prezydent Duda "kradnący" kwiaty na grobie...
Z niecierpliwością jednak czekam na ciekawszych villanów jak i więcej interakcji Deadpoola z postaciami pokroju Spider-man czy Avengers.

5. Do zobaczenia!


Wydawnictwo Egmont szykuje kolejne tomy przygód Wade'a Wilsona, a ja już szykuje mój portfel na te perełki... a i Wam polecam się nieco szarpnąć, gdyż macie przed sobą przygodę z dużą ilością dobrego humoru, akcji, emocji oprawionej w solidnie wydane papierowe wydanie.

Już niebawem na kanale AtaTV na YouTube recenzja filmu DEADPOOL - koniecznie daj subskrybcję, by tego nie przegapić! Kliknij tu -->  AtaTV channel

Deadpool: Martwi Prezydenci
Ocena: 9/10
Wydawnictwo Egmont.


poniedziałek, 1 lutego 2016

"Kościany Galeon" - Jacek Piekara. Recenzja.


Bardzo rzadko się zdarza bym miast zrobić filmik napisał posta na tym blogu. Robię to jednak z dwóch powodów. Pierwszy to ogromny szacunek dla mistrza pióra jakim jest dla mnie pan Jacek Piekara i jego kreacja świata inkwizytorskiego, a drugi to tworzony przeze mnie film z aktorami na podstawie jego książek i promujący jego dzieła. To drugie pewnie będzie powstawało koło 2óch miesięcy, ale uwierzcie mi moi mili -warto zaczekać. Szczególnie iż po przeczytaniu tej recenzji możecie mieć bardzo mieszane uczucia co do całego cyklu jak i dzieła, które mam zamiar przeanalizować. 

To powiedziawszy przejdźmy zatem do recenzji.

 

*** Inkwizytor Madderin? Co to? ***


Dla tych, którzy kompletnie nie wiedzą z czym jeść książki o Mordimerze Madderdinie krótkie słowa wstępu. Protagonista jest inkwizytorem służącemu chrześcijańskiemu kościołowi w nieco alternatywnej wizji świata. Jezus nie umarł na krzyżu - zstąpił z niego i niosąc krew i ogień wyrżnął w pień prześladowców. Wiara, którą po sobie pozostawił przypomina nieco bardziej surową wersją tej znanej nam z realnego świata. Do tego należy dodać autentycznie istniejące złe moce i demony i czarownice, które może dla szarego człowieka wydają się być legendami i bajaniami, dla inkwizytora są chlebem powszednim uciążliwej pracy i walki ze złem czy herezją. 

Na mojej półce malują się wszystkie książki z serii powoli dobijające do magicznej liczby dziesięciu części sagi. Po czterech zbiorach opowiadań autor postanowił się cofnąć w czasie i przedstawić wydarzenia poprzedzające służbę Mordimera w szeregach elity inkwizytorskiej u biskupa Hez Hezronu. 

Tak właśnie powstała sinusoidalna jakość dzieł z serii "Ja Inkwizytor". Upraszczając: "Wieże do nieba" - dobre. "Dotyk zła" - słabe. "Bicz Boży" - dobre. "Głód i pragnienie" Bardzo dobre. W końcu dotarliśmy do najdłuższej i najbardziej obfitej ksiązki "Kościany Galeon", który był wielokrotnie przekładany.

*** Sinusoida wad i zalet ***


Tutaj jest właśnie jeden z głównych problemów, które mnie męczą. Nie rozumiem sensu objętości
tego dzieła. Czytając pierwsze 200 stron człowiek zdaje sobie sprawę, że poza krótkimi pozytywnymi efektami przesłuchania i licznych rozmyśleń oraz rozmów protagonisty z jegomościem van Dyke'em nie dzieje się nic. Absolutnie nic. 

Nie zrozumcie mnie źle moi mili. Kocham jakość jak i ilość smaczków jakimi raczy nas autor zarówno w tej jak i innych książkach serii, ale tutaj jest ich zdecydowanie zbyt wiele. Ma się wrażenie, jakby miały one zapchać na siłę brak pomysłu na pchnięcie fabuły do przodu, a gdy ta w końcu rusza to jesteśmy już lekko znudzeni. Całą przygodę zajmującą bagatela ponad 400 stron tak na prawdę dałoby się zamknąć w nieco dłuższym opowiadaniu. Takim na modłę z końcówki "Łowcy dusz" z serii zbioru opowiadań. No i... byłoby to lepszą decyzją. 

Dla kontrastu podoba mi się za to rozwój postaci Mordimera. Z poprzednich książek poznaliśmy go jako młodzieńczego inkwizytora z przerostem własnego ego, a tutaj mamy powoli dojrzewającego służbistę, z większą ilością doświadczenia i takiego, który nabrał nieco pokory. 
Nieco - bo tak już mu zostanie, za co przecież go kochamy. 
Mordimer jest pragmatykiem, lojalnym wobec idei, a do tego skurwielem. Tak ma być. To nie Don Kichote - to miecz w rękach aniołów i młot na czarownice, żyjący w świecie, gdzie słabsi przegrywają. Zawsze. 

Dlatego ja się pytam: czemu Mordimer nie wnosi w tej przygodzie niemal nic? Tak, to mój największy zarzut. Protagonista popełniał masę błędów zarówno w przeszłości jak i przyszłości względem tej części, ale zawsze coś robił od siebie. Albo przechytrzył, albo znalazł pomoc, albo po prostu olał sprawę w swój pokrętny sposób tłumacząc się pasującą ku temu logiką. 
Tutaj pierw jest marionetką w dłoniach przełożonego, potem lata od tajemniczej istoty w wizjach do tajemniczego demona na wyspie ( i by uniknąć spoilerów muszę pozostać na takiej ilości szczegółów), po to by nawet końcówka książki i największy żart w fabule okazał się być zasługą pewnego jegomościa. Właściwie nie wnosi nic poza konfliktem z lokalnymi inkwizytorami, ale jest to kwestia krótka i mało istotna dla fabuły.

Znów dla kontrastu: pomimo dłużyzn i bardzo słabej fabuł podoba mi się za to język. Jacek Piekara jako pisarz wszedł na kolejny poziom i pisze nie tylko świadomie, umiejętnie łącząc język zawiły z prostotą pozwalającą zrozumieć tekst nawet niedzielnemu czytelnikowi. Smaczki, zabawy językiem i kreacje świata też należy zaliczyć na plus. 
Dzięki temu zarówno interesujące dialogi jak i opisy powinny nas usatysfakcjonować. To jednak nie film Millera, by piękne zdjęcia rekompensowały lichą fabułę. W książce to winno być najważniejsze.

Plusem mogą być też postaci poboczne, gdyż zarówno Van Dyke, doktor oraz tajemnicza postać z wizji potrafią momentami bardzo sobą zainteresować.

Paradoksalnie bardziej niż sam protagonista, a to on właśnie interesował najbardziej.

Nie tym razem.

*** Warto zatem? ***


Autor wyraził w słowach wstępu nadzieję, że długi czas oczekiwania zostanie wynagrodzony przez dzieło, które trzymałem w rękach i niestety z bólem w sercu nie mogę tego mu powiedzieć. Jest to według mnie najsłabsza część cyklu, który jednak sam w sobie broni się doskonale i plasuje u mnie jako druga saga fantasy zaraz po Wiedźminie.

Szkoda tylko, że książka jest wydłużana na siłę, fabuła nudna i mało zaskakująca, a najciekawszy plot twist to jeden ze smaczków - a nie główny ciąg fabularny. 
Smaczki, sam Mordimer oraz świat, który ja, jak i wielu z Was pokochaliśmy powinien mimo wszystko zachęcać do zapoznania się z "Kościanym Galeonem", chociażby po to by samemu sprawdzić, czy moje rozczarowanie jest słuszne, czy jest wynikiem zbyt wysokich oczekiwań i ciągłego przekładania premiery.

Raz wystawiam ocenę, raz nie - bo mogę. Tutaj nie umiem się zdecydować, ale chyba ostateczny werdykt plasuje się gdzieś w okolicach  6/10.

Za książkę dziękuję akcji Polacy Nie Gęsi oraz wydawnictwu Fabryka Słów.





Zapraszam na mój kanał AtaTV oraz do przeczytania innych wpisów na blogu.
studio nagrań kraków

Paweł "Ataman" Atamańczuk.

Zapraszam na drukarnia cyfrowa kraków oraz studio nagrań kraków.

piątek, 26 czerwca 2015

Prawa autorskie. Piractwo. Kradzież. Wartość intelektualna.


Zawrzało, zagotowało się. Poszły bluzgi, obrazy i złorzeczenia.
Ale zacznijmy od początku.

1. Początek.


Jak wielu z Was może wiedzieć, wyskrobałem książkę. Albo właściwie - by być szczerym - kończę ją poprawiać, gdyż wydruk próbny obnażył jej ( jak i moich) wiele wad i braków technicznych.
Wspominam o tym tylko dlatego, że z tego powodu z ciekawości dołączyłem do wielu grup polskich czytelników i pisarzy na FaceBooku, licząc zresztą na światłe dysputy, inteligentne argumentacje i oczytanych ludzi. Chciałem się rozwijać.
Pomyliłem się?
I tak.. i nie. 

Dyskusje może i były światłe jak tego oczekiwałem, ale ich uczestnicy już niekoniecznie. Z latarką w ręce szukać wśród nich takich, co prawdziwie reprezentowali sobą poziom i potrafili przedstawiać odmienne od innych zdania w sposób, który prowadził do konkretnej i dojrzałej w formie wymiany zdań. Cała reszta robiła to w sposób pana Tadka spod kiosku w Czchowie - szczekając, przeklinając, punktując i nabijając się z innych. Aż na wskroś wychodziło z nich, że wszystkie piórka jakie mieli na sobie są nie tylko plastikową podróbką z chińskiej prowincji, ale i one same razem ze skrzydłami trzymają się na marnej jakości kleju do papieru.

"Przeczytałem trzydzieści książek w tym roku, jestem od Ciebie mądrzejszy".

Idąc tym tropem ja jestem świetnym programistą, bo przeszedłem dobre 10 gier w tym roku.
W tym Wiedźmina 3!
A i książek sporo się znajdzie.
Jednak takie właśnie przyświeca im rozumowanie i tak spostrzegają otoczenie. Owszem, czytanie książek jest pewnym wyznacznikiem ambicji intelektualnych ludzi - lecz pamiętajmy, że zależy jeszcze jak się je czyta, oraz jakie książki się czyta.
Po prawdzie mój kanał jak i blog opiera się na targecie gier i filmów najsampierw, więc przełożę to na język graczy, albo osób młodszych:
To, że grasz w CS:GO oraz skończyłeś Battlefielda 4 nie mianuje Cię lepszym graczem od tego, co coś-tam popykuje sobie w Minecrafcie, albo od tego nerda co nadal siedzi przy dwudziestoletnim Baldur's Gate.

Oto przydługi wstęp. Czemu taki? Abyście zrozumieli, jakie kuriozum spotkałem wśród przerażająco dużej ilości wypowiadających się pod pewnym postem.

2. "Skoro bardzo bardzo chcesz, to możesz kraść."


(Cytaty pozaginam, imiona pozmieniam - nazwy forum nie podam. By nikt nie poczuł się urażony, a młodzi hejterzy nie odnaleźli szybko odpowiednich osób.)

Ewa: " Łap ebooka." 

Przecieram oczy. Raz. Drugi. No nie wierzę! Pani Ewa wrzuciła na publiczne forum na FaceBooku ebooka. Nie swojego. Nie swojej książki. Znanej autorki.
Nosz do licha!
Skomentowałem, bo skomentować musiałem. Co innego promować w ten sposób debiutantów, selfów, nawet tych parchów od vanity, a co innego normalnie publicznie piracić oficjalnie prawem autorskim okryte dzieło.

"Udostępnianie wartości intelektualnych bez zgody autora jest zabronione przez Polskie prawo.". Krótko, treściwie.
Wtedy zawrzało.

Edyta: "Bardzo chce przeczytać tę książkę, a mieszkam na wsi. Nie mam dostępu do księgarni, a na zakupy mnie nie stać, bo jestem biedna.".

Rozumiem. Naprawdę rozumiem ogromne teraz ceny książek, wręcz nielogicznie windujące się w górę i problem finansowy polaków. Sam, na młot Moradina, nie defekuje złotem ani perłami... z YT grosz jest średni, a gry i książki, czy filmy kupuje a nie żydzę (powinienem pewnie użyć innego zwrotu) o takowe do autorów. Ale nadal sprowadza się to do jednego: CO TO ZA ARGUMENT?! 





Po pierwsze: Jeśli nie masz 10 tys złotych to na wakacje nie pojedziesz na Majorkę. Kropka.
Po drugie: Jeśli nie masz 3tys złotych nie kupisz komputera z i5 i dobrą kartą graficzną.
Po trzecie: Jeśli nie masz w kieszeni 119zł nie kupisz gry.
Po czwarte: Jeśli nie masz 39zł nie kupisz nowej książki. Nowej, w sensie właśnie wydanej.

No i tu pojawia się problem. Skoro zakładamy, że piractwo to kradzież, z czym się zgadzam (nawet jeśli ceny za gry czy książki są absuuuurdalnie wysokie), to czemu usprawiedliwiamy kradzież kiepskim stanem finansowym, czy wielką chęcią?
Naprawdę to nic nie zmienia. Wiem, że ściągnięcie ebooka nie naraża na koszta wydawnictwa, czy drukarni, jak złodziejstwo wydrukowanego egzemplarza, jednak nie rozwiązuje to problemu!
Gdyby wydać te 20zł na ebooka, jakąś część tego dostaje autor. Okradamy autora z potencjalnego, a i tak marnego zarobku.

Tak by the way - ja tak strasznie strasznie chcę najnowsze Intel Core i7... Ale nie mam 1500zł... Kurczę, chyba zakradnę się do BiT'a w nocy...

Tutaj pojawił się kontrargument, który pozamiatał, zniszczył, rozsiał nasienie zła i szatana.
Wojtek: "Skoro jej nie stać to i tak nie kupi, a takto przynajmniej będzie czytać, zawsze to zysk dla niej. Niech czyta."

Nagroda dla Ciebie. Szczerze. Gratuluję. Szykuje się statuetka złotego prącia. Niewielkiego. 
W takim razie od dzisiaj miast odkładać pieniądze na oczekiwane przeze mnie premiery, stać w kolejkach, klikam w uTorrenta i ściągam na potęgę. Star Wars Battlefront? Download. Crack. Fallout 4? Download. Crack. Play. Earn money on youtube, drink beer. Jest to metoda!

(Wiecie, że parę osób zwyzywało tych broniących praw autorskich i wartości intelektualnych debilami, idiotami i głupkami? Światła dysputa na tle tych "lepszych", oczytanych ludzi... taa!)

A nie lepiej zaoszczędzić? Poroznosić ulotki? Odkładać? Poszukać małej robótki internetowej, zarobić te parę groszy i albo książkę kupić drukowaną, albo ebooka?
A może sprzedać jakieś stare dzieła, książki, które się ma, a do nich nie wróci?
Cokolwiek, ale nie kradnij!

CHYBA, ŻE!
Oj tak, chyba ŻE.
I za to moje "chybażeowanie" pewnie dostane lincz, ale mam tutaj bardzo liberalne podejście w temacie.

3. "Nie pirać, chyba że..."


Assassin's Creed: Unity. 179zł. (pisane pod PC, ale nie dla PC...).
Gra o Tron, tom 1: 49zł. (drukowane na srajtaśmie z Tesco).

Nosz do licha! Co to za ceny!?
Biorąc pod uwagę, że większość z nas może maksymalnie 100zł miesięcznie przeznaczyć na przyjemności (a niektórzy wręcz taką sumę odkładają jakiś czas) to skąd wiemy czy dany tytuł wart jest naszych pieniędzy?
Demo?
Już nie wychodzą.
Gameplaye?
Zawsze są zbyt ładne i kolorowe. Nie czuje się tego co w trakcie gry.
Dobrym przykładem będzie tutaj właśnie AC:Unity.

Wydałem te 179zł. Kupiłem, podjarany po genialnym "Black Flag". Optymalizacja prowadzona przez ekipę pijanych krów. Fabuła spisana przez kolesia odpowiedzialnego za rozwój akcji w "Big Reels".
Rozgrywka? Znów to samo. Bez różnicy, te same zadania, ta sama nuda.
Nie powinienem wydawać 179zł, ale wydałem. Odeszły, bezpowrotnie. A gameplaye tak świetnie wyglądały...

Pobierz książkę. Pobierz grę.
Na chwilę. Zagraj. Przeczytaj dwa rozdziały. Zobacz, czy Ci się dobrze czyta, czy wciąga. Czy autor, który spędził lata pracy nad tym i dostał zapewne parę groszy, gdyż 95% zysków ściąga wydawnictwo, zasługuje na gratyfikację.
Jeśli tak - odłóż pirata po chwili, pozbieraj drobniaki i idź do sklepu. Albo na amazon.com. Gdziekolwiek.

Zrób to.
Kiedyś, obiecuje Ci to, znajdziesz się chociaż na chwilę po drugiej stronie barykady. Zrozumiesz, czemu kontrargument "Wojtka" z góry zasługuje na nagrodę Złotej Kupy.

Studio nagrań Kraków

4. Wartość intelektualna.


W tym wszystkim chodzi mi tylko o to... W całym tym poście, naszpikowanym moim gniewem... Prowadzę Was do prostej konkluzji: szanuj czas, zdrowie, zdolności innych.
Przekładając to nawet z Biblii: tak jak od innych oczekujesz szacunku do Ciebie. Jeśli nie piszesz, nie rysujesz, nie tworzysz... Zapewne chciał(a)byś by inni przeczytali to co powiesz z szacunkiem. Nawet jeśli mają inne zdanie, nie wyśmiali Cię. Nie cytowali po kątach... po prostu szanowali.
Tak szanuj czas twórców. Pamiętaj też, że oprócz prawa autorskiego istnieje coś takiego jak wartość intelektualna i obowiązuje ona w prawie, nawet jeśli czasami przymyka się na to oko.

Jeśli zrobisz zdjęcie Wawelu, to to zdjęcie jest Twoim dziełem. Twoją własnością. Pal licho, że ten kadr i to miejsce ma miliard zdjęć niemal identycznych.
Jest Twoje. Tylko Twoje. Nikt nie może go użyć bez Twojej zgody, chyba, ze nałożysz na nie prawa Creative Commons.
Nikt nie może na Twoich komentarzach w sieci zarabiać pieniędzy. Na Twoich rysunkach, nawet jeśli dzięki temu można się wybić. Musisz pozwolić.
Musisz.

Nie możesz pobierać komercyjnej treści bez spełnienia komercyjnych warunków.
Nie możesz.

To naprawdę takie proste.

Prawdę mówiąc, nawet moje "chybażeowanie" powyższe kłóci się z prawem światowym, jak i moralnym.
Zapamiętaj, że "nie kupując" ale "ściągając bo i tak nie kupię" nadal okradasz właściciela danej wartości.
Zapytaj swojego sumienia, czy jest to ok.
Zapytaj - po co?
Czy może jednak potem kupisz?
A może napisz do autora. Poproś go.
Przedstaw swoją sytuację.

Ja, jak i inni "autorzy", których znam chętnie udostępnialiśmy swoje (lepsze czy gorsze) wypociny zainteresowanym.
Bo wiemy, jak to wygląda.
Nie kradnij, zrób coś.
Umiesz rysować?
Narysuj kwiatka i podpisz z prośbą o książkę do autora.
Zapewne dostaniesz razem z autografem.

Pamiętaj, że prawa autorskie to jedno, prawo intelektualne i prawo moralne to drugie - i one wszystkie winny Cię wiązać.
Tak jak to pojmujesz swoim wątłym umysłem.

PS. Assassin's Creed Unity i Dragon Age: Inkwizycja ssą. Nie wydawajcie na nich pieniędzy, póki nie będą kosztować 39zł. 

PS2. Jak to możliwe, że po tym co napisałem, recenzenci i opiniodawcy na blogach, YouTubie nieraz wrzucają całe fragmenty filmu czy książki i mogą na tym zarabiać?
Gdyż tworzyć recenzję. Twór edukacyjny. Jesteś kryty prawem "cytatu" ( art. 29 ust 1. o prawie autorskim i prawie cytatu). Dlatego Novae Res może swój zakaz "cytowania fragmentów w recenzjach" wyrzucić do kosza. Nie mają prawa zakazywać tego, kiedy to wydają.
Kropka.

Trzymajcie się ciepło!
Ataman z AtaTV.
Tego też nie polecam czytać. Ale kupiłem.
A niech mają moi kumple po fachu z YT.





piątek, 13 marca 2015

Z łopatką w piasku - czyli o grach sandboxowych.

Rok 2002 przywitał nas grą, która na stale odmieniła spoglądanie na RPG i im pokrewne, pochodne twory. Trójka Eldera, czyli Morrowind oferował coś, czego próżno było doszukać się we wcześniejszych produkcjach, a mowa tu o otwartym, naprawdę sporym świecie oraz nieliniowości; coś co w pełni dotąd dało się osiągnąć tylko sprowadzając do domu kolegów (spójrzmy prawdzie w oczy, dziewczyny w to nie grały) z pizzą, może i piwem - ale przede wszystkim z zestawem kości oraz knigą grubości encyklopedii PWN z podstawowymi zasadami gry.


Gry komputerowe oparte na systemach RPG starały się odtworzyć klimat sesji gier wyobraźni, lecz z oczywistych względów, pole manewru było bardzo ograniczone. Twórcy musieli uciekać się do pewnych sztuczek, które omówimy tu za chwilę, by nadać realizmu swoim produkcjom.Wspomniałem o przełomie studia Bethesdy w 2002 roku, ale przecież niecały rok wcześniej pierwszy Gothic studia Piranha Bytes ujrzał światło dzienne. Mimo iż jego mapa, lokacje i rozwój postaci nie były tak rozwinięte jak w Morrowindzie, to jednak do dziś dnia uważany jest za jedną z najlepszych nieliniówek i sandboxów w historii.

Sandbox? Why sandbox, mr Ataman?


No przecież to proste pytanie, a odpowiedź okaże się jeszcze prostsza. Tłumacząc bezpośrednio otrzymamy słowo “piaskownica”. Coś, co momentalnie kojarzy nam się z latami dzieciństwa, zabawą, budowaniem, “miękkimi kamieniami” i niszczeniem. Skojarzenie to, okazuje się być słuszne, gdyż taka idea przyświeca grom, które oferują nam otwarty świat.
Założenie w takim wypadku jest następujące: dostajemy pełną, otwartą mapę świata i nic nas nie ogranicza. Możemy pójść w każdym kierunku, możemy odwiedzić na samym początku lokację, która w linii fabularnej przeznaczona jest na finał. Prawdopodobnie albo dostaniemy łupnia, albo nic ciekawego w danej chwili tam nie znajdziemy - ale możemy. Możemy powybijać wszystkich wieśniaków, ściągając na siebie gniew strażników - jednak gdy jesteśmy wystarczająco silni zrobimy tak, jak mój brat - okradniemy całą wioskę, a kiedy ktoś upomni się o swoje dobra, w imię urażonej dumy wyrżniemy w pień calutką osadę, śmiejąc się przy tym i bawiąc serdecznie.
Z tego miejsca chcę pozdrowić Lancana, który pomimo tych wyczynów dzisiaj jest odpowiedzialnym mężem i ojcem. Hej, Lancan!
Za linią fabularną podążamy udając się w odpowiednie miejsca, kontynuując wątki i rozmawiając z odpowiednimi ludźmi, którzy kierują i pchają nas dalej, a otwarty świat, który nas nie pospiesza dodaje realizmu.
Należy pamiętać, że mimo iż daje tu głównie przykłady z gier RPG, to jednak GTA też jest nomen omen sandboxem!

Algorytm ułudy - NPC


  • Pokaż swoją chwałę, przybyszu! - mistrz gry prowadzący przygodę obniżył tubalnie głos.  W świecie rozgrywki znajdowali się przed majestatyczną, opuszczoną świątynią, a drogę do środka zagradzały im potężne, mosiężne wrota, z których doszedł ich ten właśnie przekaz.
  • No dobra! - powiedział gracz grający krasnoludem Erdykiem Kwristobrodym, po czym rozpiął pas, ściągnął spodnie i wypiął się w stronę źródła tajemniczego głosu.

Gry wyobraźni RPG mają właśnie tą przewagę - można zrobić wszystko, a jedyne ograniczenia to te, które ma MG w głowie. Rolę MG w grach na PC i konsole zastępują algorytmy i kod gry. Nie może on reagować i pisać się na nowo, musi być przygotowany na dane ewentualności, przez co też ogranicza to, co gracz może zrobić.
Zatem jak osiągnąć ułudę realizmu i życia?
Pierwszym i podstawowym elementem będą NPCki - czyli postacie niezależne, wykreowane przez gre. Wchodząc do miasta, chcemy widzieć, że ono żyje. Wiedźmin 2, Skyrim i GTA opanowały dosyć solidnie ten trik. Ludzie jakby żyli własnym życiem. Chodzą, spacerują, rozmawiają ze sobą, jak zacznie padać chowają się pod dachami, a w nocy znikają z ulic w większości i wracają do chat.
Jak kogoś potrącimy, zaczepimy - ten zareaguje. Albo skomentuje, albo zaatakuje, albo ucieknie. W ES jeśli kogoś okradniemy na jego oczach - wezwie straż.
Kiedy coś odrobinę przypomina nam “żywe” lokacje, kiedy odczuwamy, że postaci kontrolowane przez komputer mają jakieś swoje życie, charaktery, możemy wpływać na ich los - wtedy zbliżamy się do pierwszej składowej dobrej zabawy łopatką w piaskownicy.
At last, but not at least - reakcje i nieliniowość. Okazuje się, że niejednokrotnie podjęte działanie, czy zwyczajna odpowiedź w trakcie rozmowy zmienia całkowicie istotne elementy w fabule gry, co sprawia, że czujemy ciężar odpowiedzialny za podjęte działania.
Jak w życiu!

Minecrafta nie ma, ale i tak jest zajebiście.




Wspomniałem w podtytule o grze Minecraft - z oczywistych względów jest on grą sandboxową i to na niebywałą dotąd skalę, gdyż jeśli liczyć klocek jako metr kwadratowy, to świat, który może ta gra wykreować będzie miał 20 razy większą powierzchnię niż … Ziemia.
Minecraft to temat rzeka, więc na tym przykładzie poprzestanę i przejdę do kolejnego aspektugier sandboxowych, czyli otwarty świat.
Na otwarty świat składają się dwie rzeczy: jak największa mapa oraz możliwość udania się niemal wszędzie na niej, bez konieczności “wchodzenia na kolejny level” lub kontynuacji fabularnej.
Oznacza  to, że grając dajmy na to w Skyrima, albo Wiedźmina 3 nie będziemy musieli wykonywać zadań i wątków fabularnych, żeby się dobrze bawić. To samo tyczy się GTA - możemy dowolnie eksplorować cały świat, odwiedzać jaskinie, miasta, wchodzić w interakcje z otoczeniem nabierając doświadczenia nie tylko w grze, ale i w rzeczywistości.
Przykład?
Parę lat temu, podczas deszczowej (a jakże) pogody na polskim morzem męczyłem mojego lapka właśnie wspomnianym wcześniej morrowindem - po dojściu do pierwszej lokacji i wykonaniu dosłownie paru zadań, by nabrać nieco finansów i itemów, ruszyłem w świat. Unikałem trudniejszych konfrontacji - a potem postanowiłem pozwiedzać wszystkie jaskinie dwemerów. Po jakimś czasie, w sumie coś koło tygodnia, miałem ogromny, złoty młot bojowy, pełną zbroję dwemerów i dla zabawy szukałem po mapie opryszków, by się ze mną zmierzyli. Wtedy zacząłem wykonywać wątek fabularny i czułem się niczym heracles!
Musiałem tak robić?
Oczywiście, że nie! I o to chodzi!

Miękkie kamienie”.
Nie wiem jak z obecnym pokoleniem, ale moje spędzało sporo czasu na podwórku, albo kopiąc piłkę, albo doły w piaskownicy i od czasu do czasu natrafiało się na tzw. “miękkie kamienie”. Były to wyjątkowo dobrze zachowane, nieco przestarzałe i wybielały psie odchody, które wyglądały jak kamienie, ale kiedy je dotknąć rozpadały się.
Swoją drogą, jak dzisiaj zobaczyłbym jak właściciel psa pozwala mu załatwić się tam, gdzie bawią się małe dzieci, odnalazłbym jego mieszkanie i sam zdefekował mu się na poduszkę.
Jestem taki mściwy i dojrzały, ot co!
Ale wracając do naszych owiec, jak to mówią na wyspach, tym mianem można określić mankamenty i problemy związane ze wprowadzeniem sandboxa do swojej gry. Z tego co napisałem, wynika, że takie gry są najlepsze i w ogóle inne nie mają racji bytu.
Niestety nie.
A może stety?
Po pierwsze zrobienie dobrego, otwartego świata i gry z nieliniową fabułą jest ogromnym przedsięwzięciem, wymaga świetnego kodu i starannie dopracowanych sztuczek “ożywiających’ świat i robiących ułudę rzeczywistości. Łatwo, mówiąc kolokwialnie, to spieprzyć i wtedy wychodzi kaszana pokroju “Mój wymarzony chłopak”.
Po drugie prowadzenie fabuły jest trudniejsze. Nie ma ciągłości fabularnej, wątki są przedłużone i należy bardzo się starać, by powtarzalność niektórych misji nie nudziła, oraz unikać schematu “idź zabij - przynieś - oddaj”.
Po trzecie małe mankamenty, jak bugi, od których w grach tego typu aż się roi.
To wszystko sprawia, że wielu deweloperów decyduje się na gry pokroju “Dishonored”, gdzie starają się nas prowadzić za rękę, pokazując fabułę i efekty.
Liniówka, czy nieliniówka?

Strasznie głupie pytanie, nie wiem kto i po co je zadał. Pogadajmy lepiej o liniówkach...ale to już następnym razem!

Gry sandboxowe, albo niemal-sandboxowe, które musicie poznać:
  • Gothic 1,2,3
  • GTA V
  • Skyrim
  • Morrowind
  • Wiedźmin 3
  • Minecraft
  • Sleeping Dogs
  • Far Cry 3

Dzięki za uwagę, pamiętaj by dać suba AtaTV na YT i dodać nas na FB!